Polski wiatr to nie tylko marketingowy slogan. W dobie wojny ukraińsko-rosyjskiej to odnawialne źródło energii może zapewnić nam bezbolesną transformację energetyczną. Obecnie w polskim interesie narodowym jest liberalizacja zasady 10H. Czym jest owa enigmatycznie brzmiąca nazwa?

Zasada 10H

W 2016 roku w polskim prawie pojawiła się tzw. zasada 10H przewidująca, że turbiny mogą być stawiane w odległości co najmniej 10-krotności długości łopaty wiatraka. Nasz kraj należy do gęsto zaludnionych i łatwo było wówczas przewidzieć, że na 99,7 procent obszaru Polski nie może powstać żadna nowa farma wiatrowa. Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie był dotychczas zainteresowany odblokowaniem ustawy odległościowej. Dotychczas system elektroenergetyczny oparty o rozproszone źródła energii jawił się jak żywcem wyjęty z ambitnego science fiction. 24 lutego 2022 roku wszystko jednak uległo zmianie, a europejski ład energetyczny został zachwiany wraz z kolejnymi rakietami spadającymi na Ukrainę.

Polski wiatr polską racją stanu

Wiatr pozwala na zwiększenie niezależności energetycznej państwa – żaden wrogo nastawiony polityk nie jest supermanem, będącym w stanie ograniczyć do niego dostęp. Rozproszone farmy wiatrowe i inne instalacje OZE (odnawialne źródła energii) są dużo odporniejsze na zagrożenia natury militarnej niż gazociągi czy elektrownie.

Jak podaje portal green-news.pl, samorządowcy i inwestorzy od dłuższego czasu apelowali do obozu rządzącego o wyklarowanie jednolitego stanowiska w kwestii liberalizacji 10H. W sytuacji gdy pojawiają się coraz donośniejsze i radykalniejsze głosy o rezygnacji z rosyjskiego gazu, sprawa budowy turbin w Polsce urasta do racji stanu. A jest o co walczyć.

Obecnie Polska importuje około 80% zużywanego gazu, prawie 100% ropy, a nawet około 20% zużywanego w Polsce węgla. W imporcie węgla do Polski dominującym dostawcą jest Rosja, której udział w 2020 roku wyniósł aż 75%. Wojna na Ukrainie, kolejne pakiety sankcji i odgrażanie się Kremla pokazują, że najważniejszym sposobem na zapewnienie niezależności energetycznej będą inwestycje w OZE.

Głos zabiera Janusz Gajowiecki

Kwestię, od której zależy przyszłość polskiej energetyki, komentuje Janusz Gajowiecki – prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Dzisiaj mamy do czynienia z sytuacją, w której postawienie na rozwój samowystarczalnych źródeł pozyskiwania energii elektrycznej czy cieplnej wydaje się koniecznym krokiem. Mówimy tu m.in. o OZE, czyli Odnawialnych Źródłach Energii, ale także reaktorach jądrowych, z którymi plany coraz mocniej wiąże polski rząd. Skupmy się jednak na OZE, a szczególnie na farmach wiatrowych, które byłyby w stanie powstać najszybciej i wypełnić lukę po surowcach pochodzących z Rosji czy ogólnie importowanych paliwach kopalnych. Czas realizacji przedsięwzięcia jest kluczowy, biorąc pod uwagę konflikt na Wschodzie – wskazuje ekspert.

Przeczytaj również:  Krzysztof Bosak o inflacji: Ma wiele przyczyn – PiS i wojna” [WIDEO]

Gajowiecki przypomina, że farmy wiatrowe można zbudować już w ciągu maksymalnie roku, dwóch lat – znacznie krócej niż skomplikowaną infrastrukturę jądrową. Szef Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej stwierdza również, że koszta poniesione w celu wytworzenia elektryczności są znacznie niższe niż w przypadku tradycyjnych źródeł pozyskiwania energii.

Megawatogodzina wytwarzana w lądowej farmie stanowi najtańsze źródło energii w tej części Europy, oferuje koszt wytworzenia elektryczności, który jest 3-3,5 krotnie niższy niż ze źródeł konwencjonalnych – mówi Gajowiecki.

Zwróćmy uwagę, że przecież cały czas drożeją ceny prądu. Co więcej, istnieje korelacja między wytwarzaniem energii wiatrowej, a tej z węgla. Im więcej energii pozyskamy z farm wiatrowych w wietrzne dni, tym mniej zużyjemy węgla, który na ten moment musimy ściągać z importu. 10% energii elektrycznej z wiatru to o tyle mniej węgla. Potencjał energetyki wiatrowej jest na tyle duży, że moglibyśmy podwoić obecne moce w perspektywie paru lat, co sprawiłoby, że docelowo ten import nie byłby w ogóle potrzebny. Dla porównania do zastąpienia importu węgla z Rosji potrzebne jest 6 GW z lądowej energetyki wiatrowej. Dziś wiatr na lądzie dostarcza 7,1 GW zainstalowanej mocy, a możliwości są o wiele większe – około 30 GW. To oczywiście perspektywa długoterminowa, związana z odchodzeniem od węgla zgodnie z umową społeczną z górnictwem. W przyszłości rozwijana będzie również morska energetyka wiatrowa, którą rząd zamierza uruchomić już w 2026 roku – przytacza specjalista.

Gajowiecki apeluje o nowelizację ustawy odległościowej, tak aby farmy wiatrowe mogły powstawać na znacznie większej powierzchni Polski. Propozycje nowych przepisów zostały już kompleksowo opracowane i czekają już tylko na przyjęcie przez Radę Ministrów. Niewielu jednak pamięta, że w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość szło do wyborów z hasłami wymierzonymi w turbiny wiatrowe. Lata jednak mijają, a optyka władzy również ulega zmianie przez liczne czynniki zewnętrzne, które przekładają się na rosnące ceny energii i spadające słupki poparcia.

Bezwzględnie jest potrzebna zmiana ustawy o lokalizacji farm wiatrowych. Chodzi o jej złagodzenie, tak aby gminy mogły decydować o tym, czy energetyka wiatrowa może się rozwijać w ich sąsiedztwie, czy też nie. Przepis 10H w ustawie odgórnie stanowi, że nie możemy lokalizować farm wiatrowych w naszym kraju. W dobie obecnego kryzysu musimy zawalczyć o bezpieczeństwo energetyczne Polski. Żeby było to jednak możliwe, należy zmienić wspomniane przepisy, które są gotowe i czekają na przyjęcie przez Radę Ministrów – przypomina Janusz Gajowiecki.

Przeczytaj również:  "Jesteście następni". Rosyjska telewizja straszy kolejne kraje [WIDEO]

Wśród korzyści, które wymienia ekspert, znajdują się dziesiątki tysięcy nowych miejsc pracy, przyrost PKB i dodatkowe wpływy do samorządów. Choć Gajowiecki dostrzega konieczność sprowadzania węgla i gazu z innych, przyjaznych nam krajów, strategia ta może odbić się na portfelach zwykłych Polaków.

Finalnie trzeba uniezależnić się od węgla i gazu, zwłaszcza z Rosji. Co prawa w ostatnim czasie rząd pozyskuje gaz z różnych części świata, np. z Norwegii czy z Australii, ale nie wiemy, ile będzie kosztować w przyszłości. Najlepiej produkować własną energię w kraju, tu na miejscu. Trzeba zaznaczyć, że poza kwestiami bezpieczeństwa i uniezależniania się od źródeł zewnętrznych rozwój lądowej energetyki wiatrowej przyniesie szereg korzyści dla polskiej gospodarki. Nowe farmy wiatrowe przy najlepszym scenariuszu rozwoju zagwarantują 70-133 mld zł przyrostu PKB, 490-935 mln zł dodatkowych wpływów do samorządów, ok. 80 mld zł zamówień na produkty i usługi w łańcuchu dostaw oraz 51 do 97 tysięcy nowych miejsc pracy w perspektywie do 2030 r. Polskie koncerny energetyczne chcą produkować również zielony wodór dzięki nadwyżkom energii z farm wiatrowych, co również wpłynie na ograniczenie importu ze Wschodu. Jednak tutaj też zapotrzebowanie może zaspokoić jedynie więcej energii ze źródeł odnawialnych, a bez odblokowania zasady 10H nie będzie to możliwe – podsumowuje prezes zarządu PSEW.

Projekt uzyskał pozytywną opinię, ale… w maju 2021 roku

Jak podaje portal green-news.pl, propozycja liberalizacji 10H uzyskała pozytywną opinię Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego.

Trwają nadal prace nad nowelizacją ww. ustaw – zapewnił resort.

Jak wskazuje portal, Rządowe Centrum Legislacji po blisko roku od otrzymania propozycji wciąż nie spojrzało na projekt i nie wydało jakiejkolwiek opinii. Czas ucieka, wojna ukraińsko-rosyjska trwa, a opieszałość władzy pogłębia zależność Polski od importu paliw kopalnych.

Przeczytaj również: Rosja ma coraz większe problemy z zaopatrzeniem. Wydano komunikat w tej sprawie

Przeczytaj również: Koniec obowiązku noszenia maseczek? Padła nieoficjalna data

Źródło: euractiv.pl, green-news.pl

(Visited 171 times, 1 visits today)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj